piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział 25 - "Rocky... nie zapominaj o nim"

Minął tydzień. Nie ukrywałam tego, że jestem z Rocky'm, ale martwiło mnie trochę, że inni odsunęli się od niego. Przez spotkania z nim odwołałam prawie wszystkie lekcje z Luke'm. Z siedmiu, w tym dwóch, weekendowych trzygodzinnych, jakie pobierałam wcześniej, wypaliły tylko dwie. Trzy godzinna w sobotę i we wtorek, ta podczas czasu wolnego. Na dodatek, wcześniej te lekcje mijały jak dwie minuty. Przez ten tydzień dłużyły się w nieskończoność. Na szczęście z 1000% jakie zajmował w mojej głowie syn Hermesa zostało tylko 5%, gdyż resztę zaprzątał Rocky. W ten tydzień... Bogowie... chyba się zakochałam.

Rocky spędzał teraz czas z Rossem, z którym zakolegowałam się w tym czasie. Niby siedem dni a tyle się stało. Jest poniedziałek. Siedziałam w ukrytym miejscu na polu truskawek. Tak... one tu rosną dopóki nie spadnie śnieg, lub temperatura nie zjedzie poniżej zera. Podjadałam czerwone owoce. Podszedł do mnie Luke, zatrzymał się przede mną i spojrzał na mnie wymownie. Podniosłam na niego błagalny wzrok.
- Jak już nie chcesz, w ogóle mieć ze mną lekcji wystarczy powiedzieć, a nie ciągle wywiązywać się chłopakiem.
Usiadł naprzeciwko mnie.
- To nie tak, że nie chcę... - jęknęłam.
- Moni... Wiedzę jak na tych dwóch lekcjach jedyne o czym myślałaś to ten chłopak od Hekate i to żeby wreszcie lekcja się skończyła. To widać. Albo przynajmniej ja to widzę. - powiedział z wyrzutem.
- Luke... No kurka... Jak ci to wytłumaczyć? Na pewno znalazłeś się kiedyś w podobnej sytuacji. No po prostu... Ja... no chcę spędzać z nim jak najwięcej wolnego czasu. Jego wolnego czasu. Jak uważasz, że powinnam nadal mieć z tobą lekcję to ja mogę nawet w nocy się wymykać. Nico i tak ma mnie gdzieś. - powiedziałam wzruszając ramionami. W jego oczach dostrzegłam cień smutku? Zazdrości? Zdawało mi się. Na pewno.
- Ty możesz. Ze mną jest gorzej. I tak, miałem kiedyś podobnie. No dobra. Więc, już nie musisz codziennie przybiegać do mnie i mówić, że odwołujesz lekcje. Nie będzie kolejnych, dopóki Chejron nie pozwoli ci brać udziału we wszystkich. Wtedy na mitologii. Chyba, że tych też nie chcesz. - wysyczał z jadem. Zdenerwował się. Ojć... Zasmuciło mnie, że jest na mnie zły. Mimo, że już prawie doszczętnie wywaliłam go z mojego serca, nadal był dla mnie kimś nawet ważnym. Nie chciałam, żeby był zły.
- Przepraszam, ale wiesz... A te zamiast mitologii to nadal chce mieć. Proszę nie bądź zły. Cały obóz mnie nienawidzi. Nie chcę, żebyś ty też zaliczał się do tej listy. - powiedziałam z smutnym uśmiechem. Zabrzmiał dźwięk konchy nawołującej do następnej lekcji
- No dobra. Chejron zastąpił mnie na poprzedniej godzinie, ale teraz mam łucznictwo ze swoim domkiem i Percym. - wstał - Idziesz? - zapytał z lekkim uśmiechem na ustach. Uwielbiam ten jego uśmiech... "MONICA!!!"  krzyknął mój rozum "Rocky... nie zapominaj o nim"
- Jasne... Rocky ma teraz zapasy. Popatrzę sobie na was. - powiedziałam i wstałam z jego pomocą. Razem ruszyliśmy w stronę areny. Domek Hekate już był. Pożegnałam się z Luke'm i pobiegłam w stronę Rockiego.

***
<Luke>

Minęło już pół lekcji łucznictwa.  
Monica cały czas spędzała przy tym chłopaku od Hekate. (znam jego imię, ale nie będę go używał. Samo jego brzmienie mnie wkurza)
Moja dłoń mocniej zacisnęła się na łuku łamiąc go na pół. Kilka drzazg wbiło mi się w spód dłoni, ale zignorowałem ból.
- Luke! To już trzeci łuk jaki złamałeś dzisiaj. I cały czas masz złote oczy. Co jest? - zapytał Percy, przynosząc mi kolejny. Wystarczy że zerknę w jej kierunku, łuk łamie się na pół. Widok ich razem doprowadza mnie do szału. Gdyby nie on, Chejron i ta piep... cholerna przepowiednia, ja byłbym na jego miejscu. Czy ja, do cholery, jestem zazdrosny?
Wskazałem głową na córkę Hadesa i syna Hekate.
- Ona? - wysyczał - Luke, ona sprawiła, że twoja najlepsza przyjaciółka, którą opiekowałeś się odkąd miała siedem lat, poroniła!!! Nie wierzę, że nadal patrzysz na nią w ten sposób.
- A ty na moim miejscu odwróciłbyś się od Ann, gdyby ona zrobiła coś takiego? Poszedłbyś w ślady całego obozu i ignorowałbyś ją? Wątpię. - powiedziałem i zabrałem mu łuk z ręki i strzeliłem prosto w środek tarczy. Złość naprawdę pomaga na takich treningach.
- Nie... Nie zrobiłbym tego. Ale to przez nią Clarisse zabiła tą szóstkę obozowiczów. A w ogóle... Idę pogadać z Adrianem. - rzucił na odchodne i poszedł sobie.
Lekcja się skończyła. Czwartego łuku nie złamałem. Z mojej lewej dłoni kapała krew, ale nie zwracałem na to uwagi. Szedłem w stronę domku Hermesa, gdy zatrzymała mnie Monica... Prawdopodobnie złoty kolor w moich oczach zniknął, bo nie powiedziała nic na ten temat.
- Luke... Co ci się stało w dłoń? - zapytała i wzięła moją lewą rękę, która automatycznie rozluźniła się z pięści. Była cała w drzazgach i krwi.
- Miałem zły łuk. Powbijały mi się drzazgi, a później złamał w ręku, więc wbiło się ich jeszcze więcej. - wytłumaczyłem. Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.
- No dobra. Choć do Wielkiego Domu. Chejron musi ci to opatrzyć. Albo Adrian. Obojętnie. - powiedziała i pociągnęła mnie w stronę niebieskiego budynku.
- Nie trzeba. Sam je sobie powyciągam. - zaprotestowałem. Spojrzała na mnie tymi swoimi pięknymi błękitnymi oczami godnymi dziecka Zeusa.
- Nie. Albo idziesz do Chejrona, albo ja ci je wyciągam. Nie będziesz tego robił sam. - powiedziała stanowczo.
- Nie jestem dzieckiem, Monica. Ale dobrze. Skoro tak bardzo tego chcesz. - zgodziłem się, przewracając oczami ze śmiechem. Nie ważne jak bardzo będę wkurzony, czy zazdrosny o nią. Prawie w ogóle nie potrafię być na nią zły. Jest zbyt cudowna...
Pociągnęła mnie w stronę swojego domku (chociaż mogła do Wielkiego Domu, by zrobił to Chejron). Potem posadziła na łóżku i powiedziała, żebym chwile poczekał. Poszła po apteczkę. Po chwili wróciła. Zdawało mi się, że usłyszałam jakby mówiła do kogoś (raz krzyknęła), ale w domku nie było nikogo oprócz nas.
- Daj rękę. - zażądała i od razu sięgnęła po moją lewą dłoń.
Zaczęła wyciągać drzazga po drzazdze, kawałki drewna z mojej dłoni. Bolało, co było oczywistością, ale jej druga ręka na nadgarstku lekko koiła ból. Krew ciekła na podłogę, ale nie przejmowała się tym tylko w skupieniu pozbywała się drzazg. Potem przemyła mi dłoń wodą utlenioną i zabandażowała. Jeszcze podała mi małą szklankę Nektaru.
- Skąd wzięłaś Nektar w domku? Chejron wyraźnie zabrania trzymania i zażywania go w domkach bez jego zgody. - powiedziałem. Spuściła wzrok i zacisnęła wargi.
- Nektar jest Nico... Ma małe zapasy w domku... Podkradłam mu trochę. - wyszeptała. Nico ma jakieś problemy z Nektarem...? Wolałem dalej nie pytać.

- No dobra... Dzięki. Mam nadzieję, że do jutra przejdzie. - pożegnałem się i wyszedłem z domku Hadesa.
______________________
 Oto jest dwudziesty piąty rozdział.
Przynajmniej jest dużo Luke'a plus perspektywa (zazdrosnego) Luke'a
Teraz pytanie dla was!
Rozdziały maja być w piątki, czy w soboty jak wcześniej? 
I pochwalę się pięknym kolażem jaki wykonała dla mnie Weronika Lynch 



No i jak Wam się podoba nowy wygląd bloga? Ja jestem z niego zadowolona :)
Nie wiem, jak Wy, ale Laciata ma już ferie!!! Dwa tygodnie wolnego...
DZIĘKUJĘ ZA PONAD 5000 WEJŚĆ!!!
Nie zanudzam 
Laciata <3

Jeśli czytasz to skomentuj!!!

sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział 24 - "Tak... - szepnęłam i go pocałowałam"

[- Przyszłam zobaczyć jak sie pogrążasz. Brat twojego chłopaka zdrajcy sie od ciebie odwrócił, di Angelo też, Jackson, Chase, Grace... cały obóz. Będę się napawać twoim nieszczęściem. - wysyczała i znikła. ]

Minął miesiąc. Za kilkanaście dni kończy sie wrzesień. Prawie codziennie nawiedzały mnie duchy zmarłych. Raz zabici przez Clarisse, raz ci co polegli w bitwie o Manhattan (Już chyba spotkałam każdego, oprócz Charlesa Beckendorfa i Sileny Beauregard). Ci drudzy zawsze wypominali mi moją znajomość z Luke'm. Myślałam, że oszaleję. Zdarzyło mi się kilka bezsennych nocy. Wczoraj Chejron zdjął mi gips. Nadal trochę utykam, ale nic poza tym.

Każdy, dosłownie każdy mnie ignorował, patrzył na mnie krzywo, z nienawiścią. Z Annabeth, Percym, i Thalią nie rozmawiałam ani razu, od tamtego incydentu. Były dwie osoby, z którymi mogłam pogadać. Luke, choć od tamtego ostatniego pocałunku rozmowa aż tak nam nie idzie. Ale mnie nie ignoruje. Czasem stara się mnie pocieszyć. Pomaga mi w rozwijaniu umiejętności. Drugą jest duch ciotki, którego przyzywam co jakiś czas. Jej zawsze się zwierzam. Opowiedziała mi też trochę jak to było, że ona się mną opiekowała.
- Znałam Camille od podstawówki - opowiadała - Przyjaźniłyśmy się do końca. Lubiłyśmy chodzić do jednej kawiarenki. Miałyśmy chyba jakieś trzydzieści lat, gdy poznała twojego ojca. Spóźniłam się na spotkanie i Hades dosiadł się do czekającej na mnie twojej matki. Oczywiście przedstawił się inaczej. Zaczęła się z nim spotykać. Po jakimś roku zaszła w ciąże. Camille nawet nie zdążyła mu tego powiedzieć, gdy zostawił jej list, w którym powiedział jej, że jest bogiem i tak dalej. O przepowiedni też. Potem ona przekazała to mi. Camille wiedząc na kogo wyrośniesz, niedługo po twoich narodzinach oddała cię w moje ręce. Zawsze chciałam mieć dzieci, choć nie mogłam. Uznała, że ja wychowam cię lepiej. Nie podała mi głównego powodu dla którego cie oddała. Sama go poznałam rok później. Twoja matka była uzależniona od narkotyków. W czasie ciąży starała się nie brać, ale trochę jej to nie wychodziło. Na szczęście ty urodziłaś się zdrowa. Podczas ciąży brała o wiele mniej niż wcześniej. Po urodzeniu ciebie poczuła się wolna od limitu i przedawkowała. Powiedziała mi jeszcze, zanim przedawkowała, że mam ci nic nie mówić. Jak wiesz wiedza o boskim pochodzeniu jest groźniejsza niż niewiedza.
Zawsze przyzywam ją przy moim łóżku. Nico udaje, że nic nie wie, ale jestem sto procent pewna, że wyczuwa odór śmierci, który pozostaje po spotkaniach z nią.

Szłam w stronę miejsca, gdzie odbywają się zajęcia plastyczne. Chciałam coś pobazgrać na jakieś kartce. Jeszcze przez następny miesiąc mam odwołane wszystkie zajęcia, oprócz takich jak te. Chejron nic nie wie, o moich lekcjach z Luke'm, podczas każdego czasu wolnego.  On tylko wtedy ma czas. Jeżeli nie prowadzi lekcji ma normalne ze swoim domkiem.
Powiedziałam sobie, że on to już rozdział zamknięty. Przez niego... no po prostu nie zawsze jestem przytomna. Nie chcę już tego czuć. N-I-E C-H-C-Ę!!!
Nie daleko budynku, do którego zmierzałam zatrzymał mnie chłopiec. Miał może dziesięć lat. Ale obóz powoli robił swoje. Jego ramiona już były trochę szersze od reszty ciała. Ubrany był w pomarańczową koszulkę obozu włożoną w jasne jeansy. Na nogach miał trampki. Jego szyję zdobił jeden gliniany paciorek. Ja miałam już takich dwa Jego włosy były jasne, przy głowie ciemniejsze, ciemnobrązowe. Oczy zmieniały kolor. Raz były niebieskie, raz brązowe, raz fioletowe, czy zielone.
- Coś sie stało? - zapytałam przyjaźnie kucając przed nim. Teraz sięgał mi ponad głowę. Myślałam, że ucieknie, albo coś. Ale nie.
- Nie... Jestem Ross. Moją mamą jest Hekate. Ja po prostu... Znaczy mój brat... bardzo mu się spodobałaś, ale on nie ma odwagi do ciebie podejść. Myśli, że jesteś z tym nauczycielem. - powiedział nieśmiało. Uśmiechnęłam się.
- I poprosił cię byś do mnie podszedł, tak?
Chłopczyk pokręcił głową.
- Nie prosił mnie. Nawet mi tego zakazał. Ale ja... ja mam tylko jego. Nasz tata nie żyje i... A on skupia się tylko na tobie. Myślałem, że może... - jąkał się. Moją jedyną reakcją był śmiech.
- Czyli chcesz mnie z nim zeswatać? No dobrze. Co mi szkodzi. Porozmawiam z nim. Przyprowadź go do tego budynku, dobrze? - wskazałam na salę plastyczną. Chłopiec pokiwał uradowany głową i pobiegł w stronę domku poświęconego bogini magii. Ja ruszyłam w przeciwną stronę. W tej chwili większość domków ma inne lekcje niż plastyka (tak to nazwę). W środku było pawie pusto. Tylko kilka osób na końcu sali zajęło sie jakimś projektem. Stanęłam przy sztaludze. Zamoczyłam pędzel w jakieś farbie i zaczęłam mazać po płótnie. Po niedługim czasie usłyszałam krzyki. Jeden straszy głos, a drugi młodszy. Ten młodszy należał do Rossa.
- Co zrobiłeś?! - krzyknął ten starszy.
- To co powiedziałem. Teraz, braciszku, idziesz do niej i pogadaj z nią.  - spokojnie odpowiedział mu głosik Rossa.
- Ona ma chłopaka!
- Powiedziała, że nie widzi problemu w rozmowie z tobą. A może nie jest z nim. IDŹ!!! - krzyknął trochę piskliwym głosem.
Zaczęłam się śmiać. Weszli do sali plastycznej i zastali mnie w takim stanie. Ross również zaczął się śmiać. Delikatnie popchnął swojego brata w moją stronę. Ja postarałam się uspokoić.
Brat Rossa był wysoki, wysportowany. Miał jasnobrązowe włosy mniej-więcej do brody i oczy jak brat.
Wyprostowałam się, odgarnęłam włosy z czoła i wzięłam znów pędzel do ręki. Poprzednim kolorem był niebieski. Tak nim pomazałam, że nadawał się na morze. Może namaluję te skały przybrzeżne? Dobry pomysł. Tylko ja kiepsko maluję. Trudno. Będzie prymitywna wersja tych skał.
Brat Rossa tylko siedział na stoliku i mi się przyglądał.
- Więc... - zaczęłam chcąc go trochę zachęcić. No w końcu to on chciał ze mną pogadać.
- Domyślam się, że mój brat wszystko ci powiedział.
Pokiwałam głową. Nic nie odpowiedział.
- To zróbmy tak. Nie widziałam się z twoim bratem. Nie przyprowadził cię tu, tylko sam przyszedłeś. Od początku. Hej. Jestem Monica, córka Hadesa, której tylko jedna osoba w obozie nie nienawidzi. - powiedziałam z uśmiechem.
- Nie jedna, ale trzy. Jeszcze ja i mój brat. Ja jestem Rocky, syn Hekate... - zaciął się i po chwili dokończył - I wnuk Nemezis. Mój ojciec był synem Nemezis.
- Ciekawe... Opowiedz mi coś o sobie. - odpowiedziałam i odwróciłam się do niego - A i... siadaj tu, bo cię nie widzę, a chciałabym spróbować namalować to co mam w głowie. - znów się do niego uśmiechnęłam.
Rocky spełnił moją prośbę. Usiadł tak, że go widziałam.
Zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałam sie o nim kilku rzeczy, on o mnie. w końcu padło pytanie, którego się obawiałam.
- Ten nauczyciel szermierki... Lucas... Luke! To twój chłopak, tak? Pojawiłem się w obozie na niedługo przed rocznicą bitwy. Widziałem jak ty... no... go całowałaś...
Spuściłam wzrok i lekko się zarumieniłam. Z Luke'm koniec. Powiedziałam to już sobie i tak zrobię. TO KONIEC!!!
- Nie. Luke... był... no powiedzmy zauroczeniem, które minęło. - wymamrotałam i znów podniosłam wzrok na mój "obraz"
Morze było dość znośnie. Skały też dało się ścierpieć. Jeszcze niebo... i piasek... Dasz radę Moni. Namalujesz to!
Dziwne jest to, że jak byłam mała to potrafiłam ślicznie rysować, a nie umiałam śpiewać i w ogóle nie wykazywałam talentu muzycznego.  Teraz nie potrafię malować, a śpiewać i grać, tak, mimo, że tego nie robię.
- Rozumiem... Mam pytanie. Skoro ty i tak nie uczęszczasz na prawie żadne zajęcia... A ja mam ranę i też nie biorę w nich udziału. To może przejdziemy się? - zapytał z nadzieją - Oczywiście jak skończysz malować.
Pokiwałam głową. Czemu nie? "Luke... Luke... Luke... NO KURNA LUKE!!! PRZEZ LUKE'A NIE PÓJDZIESZ Z ŻADNYM CHŁOPAKIEM NA ROMANTYCZNY SPACER!!!" zaczęło się drzeć moje serce. Uciszyłam je. K-O-N-I-E-C  Z LUKE'M!!! Skończyłam malować. Wyszło mi nawet nieźle. Może na poziomie w miarę utalentowanej trzynastolatki. Podpisałam pracę moim imieniem i położyłam na miejsce, gdzie prace mają się suszyć.
Ruszyliśmy w stronę plaży. Kiedy dochodziliśmy do pisaku złapał mnie za rękę. Uśmiechnęłam się lekko. Szliśmy w ciszy. Po krótkim czasie zatrzymaliśmy się w takim miejscu, gdzie nikt nie mógł nas zobaczyć.
- Monica... Naprawdę wiem, że znamy się krótko, ale... - zaciął się, spojrzał mi w oczy i mnie pocałował. Oddałam pocałunek. Nie powiem, że całowało mi się z nim źle. To było cudowne. Pocałunek... z odrobiną magii? Zupełnie inaczej niż... STOP!!! Nie. Nie porównuj Rockiego do Luke'a.
- Więc... Zostaniesz moją dziewczyną? - zapytał.
Zamilkłam. Spodziewałam się tego pytania od jego pocałunku. Nadal nie do końca wybiłam sobie z głowy Luke'a, ale Rocky, przyznam, też mi się podobał.

- Tak... - szepnęłam i go pocałowałam.
__________________________
Oto jest dwudziesty czwarty rozdział.
Pewno po raz kolejny chcecie mnie zabić...
Rozdział dedykuję Weronice Lynch. Doczekałaś się :)
Jak i dedykacja jest dla wszystkich, który czytają i komentują to... coś.
Oczywiście przepraszam za błędy
Co do Rockiego i Rossa to będą teraz ważne postacie.
Ross : 


Rocky :


(Rocky i Ross Lynch z zespołu R5)
I teraz zadanie dla was!
Nad szablonem na bloga jeszcze nie myślałam, ale postanowiłam zmienić nagłówek, bo to coś co teraz jest to moje kreatywne dzieło w paincie. Weronika wykonała dla mnie dwa nagłówki i wybór jest wasz, który ustawię.
Nr 1 


I nr 2 

Nie zanudzam
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział 23 - "Usłyszałam czyjś głos. Dopiero po chwili go rozpoznałam..."

[Potem usłyszałam krzyk Annabeth.]

 Zwijała się z bólu na ziemi. Szybko (tak szybko jak może to robić dziewczyna z nogą w gipsie) dotarłam do niej i uklękłam.
- Ann... Przepraszam. Naprawdę przepraszam. - powtarzałam przez łzy. Potem z mojego gardła wydobył się krzyk wołający Perciego. Syn Posejdona szybko znalazł się przy nas. Wziął Ann na ręce i szybkim biegiem ruszył w stronę Wielkiego Domu. Ja najszybszym tempem jakim się dało szłam w stronę Wielkiego Domu. Nie zwracałam uwagi na dziwne spojrzenia kierowane w moją stronę. Po prostu muszę dotrzeć do Wielkiego Domu i dowiedzieć się co z Ann. Dotarłam do ganku, weszłam do środka i skierowałam się do części szpitalnej. Przed wejściem do niej siedział Percy i nerwowo bawił się jakąś rzeczą. Zapytał mnie co się stało. Wytłumaczyłam mu wszystko.
- TY jej to zrobiłaś?! - krzyknął na mnie. W jego oczach była wściekłość. Skierowana do mnie.
- Przestraszyła mnie... - wyszeptałam spuszczając głowę.
- Co nie znaczy, że od razu musiałaś walnąć ją kamieniem w brzuch!!! Kobieto, ona jest w ciąży!!! - krzyczał. Zbawiona krzykami, weszła do nas Thalia.
- Co się dzieje? Percy... Przestań krzyczeć. - odezwała się stanowczo. Krzycząc wytłumaczył jej całą sprawę.
- Wybaczyłam ci to, że przez ciebie zginął Alex, ale Annabeth jest moja przyjaciółką odkąd miała siedem lat. Monica... Nie powiem, że to, iż cię przestraszyła miało cię tłumaczyć. Ty też jesteś moją przyjaciółką. Wiesz o tym, ale wybacz. Jeżeli coś jej się stanie poważniejszego nie będę mogła spojrzeć ci w twarz i się uśmiechać, nie pamiętając o tym. - powiedziała kręcąc głową.
Rozumiem ją. Usiedliśmy na krzesłach i w ciszy czekaliśmy na Chejrona. Po półgodzinie drzwi się otworzyły i wyszedł centaur z smutną miną.
- Razem z Apollinem próbowaliśmy wszystkiego, by utrzymać dziecko Annabeth przy życiu, ale... Przykro mi. Annabeth poroniła. - oznajmił. Percy i Thalia minęli go i pobiegli do córki Ateny. W głębi sali zobaczyłam blondyna, stojącego tyłem. Był wysoki, wysportowany i emanowała od niego boska moc. Wiedziałam, że to bóg poezji. Zawijał w materiał coś małego. Zapewne małą Vanessę, lub małego Nathaniela. Tak chcieli nazwać swoje dziecko. Albo Vanessa, albo Nathaniel.
Jak najszybciej, opierając się na kulach, poszłam do domku. Z oczu kapały mi łzy. Percy i Thalia już mnie nienawidzą. Nie wiem jak będzie z Ann... Annabeth. Nie mam prawa zdrabniać jej imienia jak przyjaciółka. Już nie... Nie będzie mogła znieść mojego widoku. Zawsze jak na mnie spojrzy będzie widzieć swoje nienarodzone dziecko, które zginęło przez moja głupotę.
Skuliłam się na moim łóżku. Usłyszałam czyjeś kroki. Wiem, że satyra.
- Przepraszam... Jestem Grover. - powiedział nieśmiało i podszedł do mojego łóżka.
- Cokolwiek ode mnie chcesz, idź. Zostaw mnie. Nie chcę z nikim rozmawiać. - wyszeptałam przez łzy do poduszki, którą uporczywie przyciskałam do twarzy.
- Monica. Wiem, że wiesz kim jestem. Najchętniej bym ci nie przeszkadzał. Musisz być zrozpaczona, ale Chejron musi usłyszeć tą historię z twojej perspektywy. Annbeth już opowiedziała mu swoją wersję, teraz ty. Wiem, że Percy ją zna, ale on nie jest w stanie opowiedzieć jej normalnie.
Spojrzałam na niego zrozpaczonym wzrokiem, ale opowiedziałam mu wszystko. Słuchał uważnie. Potem poszedł żegnając sie ze mną. Wróciłam do poprzedniego zajęcia.
- Dobrze ci tak. Płacisz cenę, za swoje czyny. - usłyszałam czyjś głos. Dopiero po chwili go rozpoznałam. To głos Clarisse.
- Co... Ty... Tu... Robisz? - wyszeptałam.  W tedy dotarło do mnie, że to duch. Nico kiedyś mówił, że może komunikować się ze zmarłymi, ale nie sądziłam, że ja też.

- Przyszłam zobaczyć jak sie pogrążasz. Brat twojego chłopaka zdrajcy sie od ciebie odwrócił, di Angelo też, Jackson, Chase, Grace... cały obóz. Będę się napawać twoim nieszczęściem. - wysyczała i znikła. 
__________________________
Oto jest dwudziesty trzeci rozdział.
To będzie chyba kolejny podpunkt do listy "Czemu zabić Laciatą" :D
Ale jest Clarisse!!! Dobra no nie jest dobre usprawiedliwienie...
Przepraszam za błędy. (bo pewno jakieś tam są)
Nie zanudzam 
Mała Zła Istota Laciata <3

Jeśli czytasz to skomentuj!!!

P.S Aurum Argentum... Ja się pytam co się stało z Twoim blogiem?! Wchodzę sobie na niego i tutaj takie "Blog został usunięty" Czemu?! To było świetne!!!
Dobra Laciata się uspokaja :)

Again
Nie zanudzam
Mała Zła Istota Laciata <3

sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział 22 - "Potem usłyszałam krzyk Annabeth."

[Nie odpowiedział mi nic, tylko mnie pocałował.] 

Starałam się odsunąć ale na marne. Po chwili sam się odsunął. Spojrzał mi w oczy po czym podał kule.
- Przepraszam. Nie powinienem tego robić. - powiedział ze skruchą. Nic nie odpowiedziałam, tylko się zarumieniłam i wbiłam wzrok w ziemię. Z opowiadań Simona mniej więcej wiem w jakiej sytuacji się znalazł. Przynajmniej chyba. Simon kiedyś mi opowiadał, że miał podobnie. Spojrzał w oczy jakiejś dziewczynie i jedyne co był w stanie zrobić to ją pocałować. Ale dziwne bym ja tak działała na Luke'a.
Ruszyłam w stronę Wielkiego Domu. Oczywiście każdy obozowicz patrzył na mnie krzywo. W połowie drogi dogoniła mnie Annabeth. Już było widać, że jest w ciąży. Nawet bardzo. Myślałam, że będzie chciała to ukryć przed obozowiczami, ale jak widać nie.
Tylko ona, Thalia, Percy i Luke nie odwrócili się ode mnie... Na szczęście...
Odprowadziła mnie do ganku Wielkiego Domu, poczym pożegnałyśmy się i weszłam na ganek. Chejron grał z Panem D. w remika.
- E... Chejronie. Mam pytanie... - zaczęłam.
- Nie. - przerwali mi oboje, nawet nie podnosząc wzroku znad kart.
- Nawet nie wiecie o co chcę zapytać! - zbulwersowałam się. Chejron odłożył karty z westchnieniem i spojrzał na mnie.
- Nie, nie wiemy, ale dopóki nie pozbędziesz się gipsu zapomnij o wyjściu z obozu, bo zapewne o to chcesz poprosić. - powiedział i podniósł swoje karty znów skupiając na nich wzrok.
- Możesz już iść, Melody. - odezwał się Dionizos.
- No dobradobra - przewróciłam oczami - Ale mogę poćwiczyć moją władzę nad ziemią? - zapytałam z nadzieją. Przynajmniej spożytkuję jakoś czas i poduczę się czegoś nowego. Uzyskałam pozwolenie Chejrona.
Poszłam za ściankę wspinaczkową. Jakieś sto metrów dalej herosi mierzyli się z lawą i skałami. Nie widzieli mnie. I dobrze. Spróbowałam zrobić z ziemi prowizoryczne siedzenie. Jakieś mi się udało. Usiadłam i odłożyłam kule. Zamknęłam oczy i skupiłam się na ziemi dookoła mnie. Kilka skał zaczęło się unosić, pozostawiając po sobie dziury w ziemi. Było ich dokładnie sześć. Nadal nie otwierałam oczu. Czułam w sobie to co się dzieje z ziemią. Kazałam skałom okrążyć mnie kilkakrotnie.Zmieniałam ich kształt, rozmiar, niektóre odłożyłam na miejsce. Panowałam teraz nad jedną, bo moja energia powoli się kończyła.
Nagle usłyszałam za sobą głośnie "BU!!!"
W takim skupieniu moje reakcja była, no może nie tyle do przewidzenia, o ile u mnie normalna. Zawsze kiedy ktoś mnie przestraszył kiedy byłam skupiona moja reakcja była gwałtowna i każdy kończył z siniakiem, raną (mniejszą, większą), a dwa razem nawet złamaniem. 
Automatycznie posłałam skałę w stronę dźwięku. Potem usłyszałam krzyk Annabeth. Zwijała się z bólu na ziemi. 
____________________
Oto przed wami dwudziesty drugi rozdział!!!
A teraz wszyscy chcą zabić Laciatą, bo rozdział jest krótki, Luke sobie poszedł i "coś" się stało Ann...
Buahahahahahahaha.
Następny rozdział oczywiście w weekend już po nowym roku :)
Tak więc (nie zaczyna się zdania od "tak więc") Życzę Wam szczęśliwego nowego roku! <3
Oczywiście przepraszam za błędy. :)
Rozdział dedykuję Weronice Lynch. Ona już wie dlaczego :)
Nie zanudzam 
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!

wtorek, 24 grudnia 2013

Świąteczny Bonus!!!

Zanim zaczniecie czytać...  Odsłuchajcie chociaż kawałka tego zacnego utworu  http://www.youtube.com/watch?v=gq1hJ7SNshI  Trololololololololol Jak mówiłam Wam o tym, że Luke i Moni będą razem... Oto moje obiecane dzieło. A co do tego aż będą razem w treści właściwej... oj to sobie poczekacie.
TROLOLOLOLOLOLOLOLOLOLOLOLOLOLOLOLOLOL.
A więc notka świąteczna :


NIENAWIDZĘ ŚWIĄT!!! Jedynym plusem są prezenty!!! I Luke... No tak Lukie. Już od ponad roku jesteśmy razem. Nie wiem jak to się stało... Gdyby nie Nico... Mieliśmy szermierkę. Nico popchnął mnie na Luke'a i powiedział coś w stylu "Na mocy mojej mocy ogłaszam was parą" No i tak wyszło...
Wszędzie są ozdoby. Nie daleko ogniska stoi ogromna, obwieszona różnymi ozdobami choinka.
Czemu nienawidzę świąt? Z powodu tej sztucznej atmosfery, jaka zawsze panuje. Nawet bogowie się na nią silą. W tym roku mają nawet pojawić się na świątecznej kolacji, która jest jutro.
Tak... Grecy obchodzą Święta Bożego Narodzenia. Podobno tego dnia z Chaosu wyłoniły się pierwsze bóstwa. Ani Chejron, ani żaden człowiek spisujący mitologię tego nie napisał (chyba), ale dla mnie to logiczna teoria.
Luke ma teraz jazdę na pegazach. Nico podział się cholera wie gdzie. Państwo Jackson zajmują sie Clementine. Tak... Państwo Jackson.  Pobrali się kilka miesięcy temu i mają córeczkę.
- Szczęśliwa? Masz mojego Luke'a. - usłyszałam za sobą lekko przesłodzony głos. Najpierw pomyślałam, że to Drew, ale ona ma bardziej francuski akcent. Odwróciłam się i zobaczyłam blondynkę z zielonymi oczami.
- Emma? Co ty tu, do cholery robisz? Nie jesteś herosem. Nie możesz tu być.
- Okazało się, że jestem córką Erosa. Jednak mam prawo tu być. I odczep się od M-O-J-E-G-O Luke'a! - powiedziała.
- Nie, nie odczepię się. Jest moim chłopakiem i musisz się z tym pogodzić. A poza tym nie jesteś herosem. Jestem tego pewna. - powiedziałam.
- No dobra... nie jestem półboginią. Ale Chejron powiedział, że mogę tu być. Tak jak mój chłopak. - odezwała się z wyższością. Przewróciłam oczami.
- Skoro masz chłopaka to po co ci Luke? - spytałam marszcząc brwi.
- Bo Luke to Luke. Jego chce każda dziewczyna. Mimo to Kyle też jest cudowny. - powiedziała, zarzuciła włosami i poszła.
- Całe życie z idiotami... - wyszeptałam.
Potem poszłam do Annabeth. Percy powiedział, że idzie do Luke'a.
- Hej! Jak tam Clementine? - zapytałam na wstępie.
- Dobrze. Dziś powiedziała pierwsze słowa!!! - krzyknęła zachwycona. Pisnęłam
- Jakie? - spytałam, gdy już się uspokoiłyśmy.
- Mama i próbowała powiedzieć Glonomóżdżek, ale nie za bardzo jej się udało.
Rozmawiając podeszłyśmy do małej różowej kołyski. Leżała w niej miała dziewczynka. Miała czarne włosy. Pod zamkniętymi powiekami kryły się szare oczy. W połowie Ann, w połowie Percy.
Nie chcąc budzić małej Clementine rozmawiałyśmy szeptem, jednak po jakimś czasie sama się obudziła. Pobawiłyśmy się z nią i mała zaprezentowała mi swoje umiejętności mówienia. Powiedziała mama, tata, też jej się udało, ale Glonomóżdżek juz nie. I powiedziała do mnie ciocia!!! W końcu jestem jej chrzestną. A Luke chrzestnym... Już tłumaczę. W czasie, gdy Clementine się urodziła ja i Luke cholernie się pokłóciliśmy. Ann i Percy myśleli, że do siebie nie wrócimy i dlatego oboje jesteśmy rodzicami chrzestnymi. Ale się mylili...
Kiedy zabrzmiał dźwięk konchy, oznajmujący dwudziestą drugą poszłam do domku. Zastałam tam Nico, Perciego i Adriana szepczących coś między sobą. Na mój widok sie uciszyli. Wzrok mojego brata mówił wszystko. Po pierwsze Emma tu była i chciała mnie ukatrupić, a po drogie coś knuli... Gdy chłopaki poszli Nico wciąż ukradkiem zerkał na mnie i wciąż ledwo powstrzymywał się od śmiechu.
***
Za półgodziny świąteczna kolacja. Z wilgotnymi włosami siedziałam na łóżku z listą rzeczy do zrobienia
Dopilnować, by Nico miał czerwoną koszulę V
Zrobić czerwone pasemka zamiast granatowych V
Kupić prezenty V
Dać prezenty Hermesowi
Czyli jeszcze Hermes...
"Hermesie..."  - nie zdążyłam dokończyć modlitwy wzywającej, bo przeszkodził mi głos z tyłu..
- Kolejna?
Odwróciłam się. Za mną stał wysoki, ciemny blondyn, z niebieskoszarymi oczami, trochę podobny do Luke'a i Adriana. Przede mną stał Hermes, bóg podróżników... W STROJU ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA!!!
- Chejron mówił, że mamy cię przyzwać i dawać ci prezenty do rozniesienia. - usprawiedliwiłam się, ledwo powstrzymując śmiech. Na dodatek miał sztuczną brodę...
- Tak, ale mieliście robić to wcześniej. TERAZ JESTEM JUŻ PRZEBRANY W TEN KRETYŃSKI STRÓJ!!! - krzyknął. Teraz już się nie powstrzymałam i zaczęłam się śmiać jak opętana. Bóg spojrzał na mnie z politowaniem.
- No dobra. Dawaj te prezenty. - wymamrotał. Nadal się śmiejąc dałam mu pakunki.
- Nie wyglądasz aż tak źle. Do twarzy ci w tym. - powiedziałam. Hermes westchnął i zniknął.
Usłyszałam pukanie. Po chwili dotarł do mnie głos Ann, Perciego, Thali, Adriana i Luke'a... A właśnie. THALIA JEST Z ADRIANEM!!! Nigdy bym nie pomyślała, że to się kiedyś stanie. Nie przeszkadza mi to. Cieszę, się, że są szczęśliwi.
- Zaraz!!! Macie nie wchodzić!!! - krzyknęłam, wzięłam sukienkę z wieszaka i zniknęłam za drzwiami łazienki. Ubrałam ją, ale nie mogłam dopiąć zamka... jak zawsze... Ułożyłam włosy. Związałam je w koka. Spojrzałam na siebie w lustrze i wyszłam. Przed drzwiami stał Luke.
- Mówiłem, żeby nie wchodził, ale idiota się uparł! - krzyknął Adrian.
Zaśmiałam się.
- Nie mogłem się powstrzymać. - wyszeptał mi do ucha i mnie pocałował. Dyskretnie jeszcze podsunął mi suwak do końca. Wyszłabym z niedopiętą sukienką...
- No dobra. Idziemy? Chejron czeka. I Pan D... - przerwała nam Thalia biorąc Adriana pod rękę. Miała na sobie czarną sukienkę, z czerwonymi ozdobami. Adrian miał czarną koszulę i czerwony krawat. Oboje idealnie do siebie pasowali.
Westchnęłam z rezygnacją, złapałam Luke'a za ramię.
Wyszliśmy z domku. W pawilonie wszystkie stoły złączono w jeden wielki. Porozstawiane były na nim najróżniejsze potrawy. Od razu dorwałam się do kruchych ciasteczek, posypanych grubym cukrem. Mam okazję jeść je raz do roku, więc zawsze korzystam. Wszyscy zaczęli się śmiać. Wzruszyłam ramionami.
- No co? Wiecie jakie one są dobre? - spytałam, jak przełknęłam juz trzecie ciasteczko.
Wszyscy przewrócili oczami. Usiedliśmy do stołu. Chejron wygłosił długą i nudną przemowę. Pan D. cieszył się z wina nalanego do kieliszka. Ten jeden dzień w roku Zeus cofa swoją karę i Dionizos może pić swój ukochany napój. Ja tradycyjnie dorwałam się też do nektaru brzoskwiniowego.
- A teraz... Powitajmy waszych rodziców. Specjalnie dla was przybyli w tym roku na świąteczną kolację! - zakończył centaur. Po chwili pojawili się bogowie.
- A mojemu ojcu nawet nie chciało się przychodzić. - wymamrotał Luke. Zaczęłam się śmiać jak opętana.
- Przyjdzie, nawet w bardziej spektakularny sposób, niż myślisz... Ale najpierw Mikołaj musi roznieść prezenty. - powiedziałam jak już trochę się uspokoiłam.
- Czemu ty prawie zawsze masz racje? - usłyszałam za sobą. Odwróciłam się i zobaczyłam boga podróżników. Nadal w stroju Mikołaja. Znów zaczęłam się śmiać, ale tym razem dołączyła do mnie reszta. - No dobra. Spokój. Zaczynamy od najmłodszych... Percy...
- Ej, czemu ja jestem najmłodszy?! - oburzył się syn Posejdona.
- Ann, ma urodziny w lipcu, ja w czerwcu, a ty w sierpniu. A Luke, Adrian i Thalia to dwa różne roczniki. Więc jesteś najmłodszy, Perseuszu Auguście Jacksonie - wytłumaczyłam. Spojrzał na mnie ze złością, ale nic nie odpowiedział.
- August, był moim pomysłem. - wyszeptał Luke. Uśmiechnęłam się do niego słodko i spojrzałam wyczekująco na Hermesa.
- Tak... Dla Perciego.... Będzie to - podał mu paczuszkę - to, to, to i to. - skończył. Percy był teraz obładowany prezentami. Ostatni największy położył na podłodze.
- Od kogo to? - spytał i sięgnął po kartkę dołączoną do prezentu, ale było tam napisane tylko "Dla Perciego..." delikatnym pismem, pisanym różowym brokatowym długopisem. Zamiast kropek były serduszka. Percy odwinął zielonkawe wstążki i z pudełka wyskoczyła Sandy, w stroju syrenki.
- Wesołych Świąt, Persiaku ty mój!!! - krzyknęła i rzuciła się na niego.
- Sandy, czy ciebie do reszty pogięło?! - wrzasnęła Annabeth ściągając blondynkę z leżącego na ziemi swojego męża. Ona spojrzała się na nią niewinnie.
- Nic... to był po prostu prezent... - wyszeptała.
- Eh... Idź stąd. - nakazała Ann. Sandy pośpiesznie uciekła potykając się o swój rybi ogon.
- No dobra... to był najdziwniejszy prezent jaki dostałem...
- Teraz Annabeth. To jest dla ciebie, to, to i to. Monica... dla ciebie jest to, to, to, to, to i to. Thalia... ten, ten, ten, ten, ten. Luke... to, to, to, to i to. - przy dawaniu ostatniego prezentu zaczął się śmiać, ale po chwili się uspokoił - Adrian... ten jest dla ciebie, i ten, i ten i ten. Wszystkie? Eee... Tak. Wesołych świąt i takie tam. Hohoho... - powiedział ironicznie, rozdał nam prezenty i zniknął.
- Czy on był w stroju Mikołaja? - spytał powoli Adrian. Pokiwałam głową.
- No dobra!!! Co macie? Ja mam tak... - wzięłam się za rozpakowywanie pierwszego prezentu. Był w nim strój kąpielowy... Zimą? Leżała tam jeszcze karteczka "Będziesz w tym wyglądać cudownie, kochanie - K"
- Czy go do reszty pogięło? - wysyczałam ze złością. Luke wyrwał mi liścik z ręki, przeczytał i podarł.
- Gdzie jest ten idiota? - warknął. Przed nami pojawił się wysoki blondyn. Może nie aż taki wysoki. Był tylko kilka centymetrów wyższy ode mnie. Gdybym nie miała obcasów... Tak to ja byłam niewiele wyższa.
- Czego chcesz od mojego syna?
Luke spojrzał na niego jak na dziecko. Apollo był niższy o jakieś dwanaście/trzynaście centymetrów od syna Hermesa.
- Luke, jako twój psycholog zabraniam ci iść stłuc Kyle'a.
- Ty znowu zaczynasz z tym psychologiem? - spytał patrząc na niego z politowaniem. Luke był niższy od Adriana o jakieś dwa centymetry, ale było to prawie nie widoczne.
- Nie... Zabraniam ci iść stłuc go samemu. Idę z tobą! - zawołał z głupim uśmiechem.
Ja i Thalia stanęłyśmy przed nimi.
- Żaden nie idzie. Luke zostajesz tu, albo zwołam Emmę i ona się tobą zajmie, a ja idę "pogadać" - nakreśliłam w powietrzu cudzysłów - z Kylem. - powiedziałam i poszłam w stronę, gdzie było najwięcej dzieci Apollina. Kyle od razu pojawił sie przede mną.
- I jak ci się podobał prezent, skarbie? - zapytał z głupim uśmiechem.
- Do końca się pogięło, prawda?! Zrozum... Ja. Mam. Chłopaka. - wycedziłam - Nie jesteś nim ty, a poza tym... - spojrzałam na metkę w stroju - Nie mój rozmiar... - uśmiechnęłam się wrednie i poszłam.
- Ona nie może być z nim! Czemu ty na pozwalasz?! - usłyszałam głos. Był niski i trochę chrapliwy.
- Czemu? Bo był zdrajcą? Odpokutował to co zrobił! Ma prawo mieć dziewczynę! - krzyknął inny męski głos. Zdecydowanie młodszy od tego poprzedniego.
- Niech sobie ma dziewczynę! Ale niech nie będzie nią moja córka!!! - warknął ten chrapliwy.
- Ej, ej, ej!!! Spokój - wkroczył damski głos, z francuskim akcentem - Przepraszam Hadesie, ale zgadzam się z Hermesem. On ma prawo mieć dziewczynę i tylko twoja córka się na nią nadaje. Ty nie widzisz tego tak jak ja. Oni są ze sobą szczęśliwi.
Hades... Hermes... Czy mój ojciec kłóci się z ojcem Luke'a? O to, że ja nie mogę być dziewczyną Luke'a? A Afrodyta broni boga podróżników?
- Afrodyto... Rozumiem, ale hańbą dla mnie jest to, że moja jedyna córka, jest z zdrajcą!!! - krzyknął chrapliwy głos... mój ojciec... Pokręciłam ze smutkiem głową. Mój własny ojciec, nie chce bym była szczęśliwa... Może coś ominęłam. Pobiegłam do moich przyjaciół i na wstępie od razu pocałowałam Luke'a. Po chwili odsunął się ode mnie.
- Hej... a to za co? - spytał z łobuzerskim uśmiechem.
- Mój ojciec... Ech zabije drania...
- Rozumiem, że ja nazywam ojca draniem i idiotą, ale od kiedy ty to robisz?
- Powiedział, że hańbą dla niego jest to, że jestem ze zdrajcą... - przewróciłam oczami. Luke po prostu mnie pocałował. Wiem, że miał gdzieś zdanie mojego ojca. Ale ja nie do końca...
Nagle usłyszeliśmy odgłosy bójki. Podeszliśmy tam. Czy to mój ojciec bije sie z Hermesem? Wybuchłam śmiechem. Afrodyta próbowała ich powstrzymać. W końcu uznała, że to bezcelowe. Podeszłam do ojca, odciągnęłam go od Hermesa i najprościej w świecie uderzyłam w twarz.
- A to za bójkę z Hermesem i za to, że Luke ci nie pasuje. Kocham cię, tatko. - powiedziałam ze słodkim uśmiechem.
Wstałam i podeszłam do Luke'a. Ojciec odprowadził mnie zdziwionym wzrokiem. Syn Hermesa złapał mnie w talii i poszliśmy w stronę stolika, gdzie zostawiliśmy prezenty. Usiadłam na ławie.
- Co dostałeś? - spytałam machając nogami.
- Dwóch jeszcze nie wypakowałem. Ale od Ann i Thali wodę kolońską z napisem "Moni lubi ten zapach"
Zaśmiałam się. Z tłumu usłyszałam krzyk :
- Monica, zaraz komuś oczy wydłubiesz tymi szpilkami!!!
Znów zaczęłam się śmiać i spojrzałam na moje pięciocentymetrowe obcasy.
- Oj tam, oj tam! - odkrzyknęłam. Potem spojrzałam na Luke'a i kontynuowałam - Mi dały perfumy, z listem "Luke'owi się spodoba" One są zdolne o wszystkiego. - powiedziałam. Luke się zaśmiał. Wspominałam, że kocham jego śmiech? Tak jak uśmiech i oczy... No całego!!!
- Tak... Od mojego głupiego brata i Perciego - kontynuował i podniósł długie pasmo materiału - Nie wiem do końca co to jest.
Znów się zaśmiałam.
- To - wzięłam od niego "pasek materiału" - jest krawat, geniuszu. Wiesz... Wiąże się go wokół szyi pod kołnierzem i wtedy się tak elegancko wygląda. - wytłumaczyłam i spróbowałam mu go zawiązać, ale przyciągnął mnie bliżej i pocałował.
- Cicho... - wyszeptał, kiedy już mnie puścił - A od Hermesa... - otworzył zielone pudełko. Na wierzchu leżał plakat z kolesiem w dziwnej czarnej masce i jakimś szatynem w czymś białym. Markerem było napisane "Luke' I am your father" - Idiota dał mi całą kolekcję Gwiezdnych wojen i plakat z Darth Vader'em i Luke'm Skywalker'em i zacytował Vadera pisząc "Luke, I am your father"
Zaczęłam się śmiać. Po raz kolejny.

- A widziałeś chociaż Gwiezdne wojny? Chociaż, gdybyś nie widział, nie znałbyś tych imion, i tego cytatu. Przyznaj się. Jesteś wielkim fanem Gwiezdnych wojen, prawda? - wybełkotałam przez śmiech.
- Tak, jasne. Ale gdybyś ty tam zagrała, to oglądałbym to miliony razy... - wyszeptał mi na ucho - No dobra, ale co ty dostałaś?
- Najpierw rozpakuj pozostałe prezenty. - postawiłam warunek. Westchnął. Otworzył nieduży niebieski pakunek. W środku leżała skórzana bransoletka, związywana sznurkami i wysadzana nitami. - I jak? Załóż... Proszę... - spojrzałam na niego oczami szczeniaczka. On tylko się zaśmiał i mnie pocałował.
- Dziękuję. - wyszeptał mi na ucho i od razu ją założył - Teraz ty.
- Jeszcze jeden prezent. Od kogo on w ogóle jest? - spytałam. Wziął w ręce czerwony pakuneczek.
Otworzył go. W środku leżał... smoczek? Spojrzałam na niego dziwnie. Wyjął karteczkę leżącą pod spodem.

- To dla naszego dziecka. Kocham cię Lukie. Podpisane Drew. - przeczytał na głos - Zabije ją.
Zgniótł papier w ręku, podszedł go ogniska i wrzucił pakunek do ognia.
Podeszła do niego Drew.
- I jak ci się podobał prezent, Lukie? - spytała z słodkim, niewinnym uśmieszkiem.
- Naprawdę już zwariowałaś. Nie byłem, nie jestem i nie będę twoim chłopakiem. Wbij to sobie to tej pustej głowy. - powiedział i gdy pakunek spłonął wrócił do mnie.- Teraz twoja kolej. Otworzyłem wszystkie prezenty.

- No dobrze... Co dostałam od Kyle'a, Thali i Ann wiesz. Od Perciego i Adriana... - wyciągnęłam ręce po średniej wielkości pudełko i je otworzyłam - Książki... Całą serię... - zamknęłam pudełko. Otworzyłam inne - To od ojca... Płyty!!! Bogowie... Ojciec dał mi moje wymarzone płyty. Ciotka nigdy nie chciała mi ich kupić... - krzyknęłam. Dostałam od ojca wymarzone płyty!!!
- Spokojnie... Został jeszcze jeden. - powiedział z uśmiechem.
- Dwa. Jeszcze od Nico... - przerwałam mu. Wzięłam mały wątły pakunek. Rozdarłam papier ozdobny. W środku była ulotka... Najlepszego salonu tatuaży na Manhattanie. A pod nią... Bon na darmowy tatuaż, dowolnej wielkości!!!  - Na Hadesa... Kocham mojego brata... - spojrzałam na Luke'a - No dobrze... już otwieram twój prezent.
- O tak... - usłyszeliśmy krzyk. Odwróciliśmy się w tamtą stronę i zobaczyłyśmy... Herę, Afrodytę i... Atenę?! Trzy boginie tańczyły na stole, rozwalając wszystko dookoła.
- A to nie miała być zwyczajna świąteczna kolacja? - jęknęłam.
- Tak. Miała być... - odpowiedział mi Luke - Ann powinna się wstydzić za matkę... Afrodyta jeszcze rozumiem, ale Atena...
Inni bogowie skandowali ich imiona. Pokręciłam ze zrezygnowaniem głową. Wśród skandujących bogów był też mój ojciec.
- Choć stąd. Proszę... - wyszeptałam.
Luke złapał mnie za rękę i pociągnął mnie w stronę jeziora. Doszliśmy do miejsca, gdzie rosło duże drzewo. Dosłownie nad nami zwisała jemioła. Spojrzałam na nią.- Na co czekacie? - spytała Ann wychodząc zza drzewa z Percym i Adrianem. Na drzewie siedziała Thalia.
Luke przewrócił oczami, ale położył ręce na mojej tali, przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Kiedy się odsunęliśmy od siebie, Adrian krzyknął :- Miałeś zrobić coś jeszcze. Nie pamiętasz?
Luke się uśmiechnął.
- Monico... Wiesz, że cię kocham od momentu, kiedy się spotkaliśmy i dziś chciałem się ciebie zapytać, czy... Sięgnął do kieszeni, klęknął... Wyjął małe pudełeczko.- Wyjdziesz za mnie? - dokończył...Zakryłam rękoma usta... Po chwili poczułam na nich moje łzy... Cofnęłam się dwa kroki. Luke w tym czasie wstał z miną osoby, której odebrano całą nadzieję... Podbiegłam do niego i rzuciłam mu się na szyję.- Tak!!! Oczywiście, że tak!!! - krzyknęłam przez łzy, do jego ramienia. Delikatnie mnie od siebie odsunął i pocałował. W tym czasie włożył mi na serdeczny palec prawej ręki pierścionek. Zapomniałam, że mamy widownie, dopóki wszyscy nie zaczęli klaskać.
Czy właśnie oświadczył mi się Luke? Ten Luke? Mam wrażenie, że to sen.
Kiedy wreszcie odsunęliśmy się od siebie, Luke wymownie spojrzał na brata.- Ty chyba też miałeś plany na dziś, prawda?
Adrian wziął głęboki wdech i... uklęknął przed Thalią... Nie słuchałam, co mówił. Usłyszałam tylko głośnie "tak" Thali. Chyba nawet głośniejsze niż moje.Potem wróciliśmy do wszystkich.To były najcudowniejsze święta w moim życiu...

____________________________________________________

Tęskniliście za Emmą, Kylem i Drew? I za Augustem? Doczekaliście jeszcze dziecka Ann i Persiaka :) 

TAK WIĘC ŻYCZĘ WAM WESOŁYCH ŚWIĄT!!!
Nich Bogowie Wam sprzyjają!!!
Dużo miłości od Afrodyty
Weny i olśnień od Apollina
Dużo prezentów od Hermesa (Mikołaja)
Picolo na Sylwestra od Dionizosa

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!!!
Życzy Wam Laciata <3
P.S KOCHAM WAS!!! Za to że jesteście i komentujecie!!! Dziękuję i po raz kolejny Życzę wam Wesołych Świąt!!!

sobota, 21 grudnia 2013

Rozdział 21 - "Nie odpowiedział mi nic, tylko..."

[Po długiej... długiej walce. Udało nam się ją pokonać. W sensie oni ją pokonali, a ja jednym zbędnym ruchem wykończyłam ją do końca. ]

Zdążyła mi jeszcze podciąć nogi. Upadłam. Próbowałam wstać, ale na darmo. Czułam przeszywający w prawej nodze. Najwidoczniej ją złamałam. Pokłusował do nas Chejron. Wsadzili ciało córki Aresa na grzbiet centaura i pognał do Wielkiego Domu. Powiedział, że spotkamy się za półgodziny. (Nie zauważył, że nie mogę wstać... ) W tym czasie mamy ogarnąć martwe ciała, których Clarisse się pozbyła.
Adrian podszedł do ciała dziewczyny, leżącej na brzuchu. Odwrócił ją... i zamarł. Przed nim leżało martwe ciało córki Demeter, Alice. Dziewczyny, która mu się strasznie podobała i wracając prawie cały czas o niej gadał. Rzucił miecz, cholera wie gdzie i pobiegł, też cholera wie gdzie. W półgodziny ułożyli ciała w rzędzie. Poległo równo sześć osób. Dwójka od Demeter, dwóch od Hefajstosa, jeden od Hermesa i jedna od Ateny, Lily... dziewczyna Nico. Nie znałam nikogo z nich, oprócz Alice i Lily... Każdy parzył na mnie jak na zdrajcę. Nie ruszyłam się nawet o milimetr żeby pomóc z ciałami. Zabiłam Clarisse, siedzę jak księżniczka i patrzę jak oni wykonują brudną robotę. Chejron zawołał na zebranie.
- Nawet na zebranie się nie wybierasz? No tak. Przecież jesteś tak cudowna, że nie musisz odpowiadać za to, że ją zabiłaś. - wysyczał z jadem średniego wzrostu szatyn. Podejrzewam, że od Hermesa.
- Odwal się, Chris. - powiedział Luke, omijając go i podchodząc do mnie - Nic ci nie jest?
- Gdyby nic mi nie było to bym pomagała. - szepnęłam z jadem. Potem uświadomiłam sobie, że to przecież Luke. Od którego wymuszałam bycie dla mnie miłym. Przydałoby się też być miłą. - Przepraszam... Noga mnie strasznie boli. Nie mogę wstać...
- Tak, jasne. Udajesz, by cię na rękach nosili. - powiedział Chris używając takiego samego tonu co wcześniej.
- Powiedziałem odwal się. - warknął Luke spoglądając na niego przez ramię. Miałam maleńkie wrażenie, że jego oczy błysnęły złotem. Chris zdawał sie przestraszyć i posyłając mi wrogie spojrzenie i odszedł w stronę jeziora.
- Twoje oczy... - szepnęłam. Nadal lekko błyszczały złotem. - One... Są złote...
Luke lekko się uśmiechnął.
- Czasem jak się na kogoś wkurzę, to błyszczą na złoto. Jakaś część nienawiści Kronosa nadal we mnie jest. Ale to nic. Chodź. Trzeba iść na zebranie.
Syn Hermesa pomógł mi wstać, po czym wziął mnie na ręce. Kiedy weszliśmy do sali gier przywitali nas zdziwionym spojrzeniem. Powiedziałam Chejronowi co się stało z moją nogą. Luke posadził mnie na stole, a Chejron zaczął opatrywać moją nogę.
 Przy stole do pin-ponga zebrali się Travis i Connor Hood, ktoś od Hefajstosa, jakaś dziewczyna od Demeter, Luke, Percy, Ann i jakiś chłopak od Aresa.
- Clarisse nie żyje. Dużo obozowiczów jest rannych. Zwołałem tu tylko grupowych poległych. Opowiedzcie co się stało. Nie całą misję, tego dowiem się później. Od momentu, gdy Clarisse zaczęła się dziwnie zachowywać.
Ann podjęła opowieść. Opowiadała o wszystkim. Jak się zachowywała w samochodzie, o naszej kłótni.
- Więc to przez ciebie weszła do Obozu?! - krzyknęła dziewczyna od Demeter.
Pokiwałam niechętnie głową.
Chejron zaprosił resztę grupowych i opowiedzieliśmy misję.
- Chwila... Skoro "świętą osobą" dla Hermesa, była jego matka. To czy Hermes nie oszaleje? - zapytał syn Aresa, wskazując na Luke'a.
- Nie. Po śmierci takiej osoby, "świętość" przelewa się na rzecz najbardziej związaną z nią. - wytłumaczył centaur.
Po jeszcze kilkunastominutowej rozmowie Chejron wyprosił wszystkich, z wyjątkiem mnie. Przeniósł mnie na grzbiecie do części szpitalnej, bo dopiero tam mógł wszystko dokładnie obejrzeć i opatrzyć.
- Może boleć. Musze do końca nastawić kość. - powiedział.
Nie zdążyłam nawet zareagować, gdy on złapał moją nogę i mocno szarpnął. Krzyknęłam. Po chwili bólu ulżyło mi. Chejron posmarował mi czymś miejsce, gdzie najbardziej bolało, poczym owinął mi całą nogę watą. Gdy już to zrobił wyjął z miski z wodą biały, gruby rulon. Zaczął owijać nim watę. Później następnym i następnym i chyba jeszcze jednym. Po kilku minutach białe coś, czym miałam owiniętą nogę wyschło. Po chwili odkryłam, że to gips.
- No dobra. Nektar i Ambrozja niewiele pomogą, więc będziesz musiała się trochę z tym pomęczyć. - powiedział i podał mi kule.
- Ech... Przeżyje... - wymamrotałam i wstałam. Jak dobrze, że mam praktykę w chodzeniu u kulach. Kiedyś na W-F'ie jakaś jędza mnie popchnęła, tak, że potknęłam się o turlającą się piłkę i skręciłam kostkę.  Wyszłam z Wielkiego Domu. Czekała na mnie Ann.
- Żyjesz? - zapytała z troską.
Pokiwałam głową i zaczęłyśmy iść w stronę domku nr 13. Rozmawiałyśmy na różne tematy. Nigdy nam się nie skończą... Każdy obozowicz patrzył na mnie ze wstrętem. Weszłyśmy do domku. Nico siedział skulony na swoim łóżku. Przywitałyśmy się i usiadłyśmy na moim. Wyjęłam z torby misia od Hermesa i trzymałam go w rękach rozmawiając z Annabeth. Chejron odwołał ognisko i o 22, Ann musiała wracać do siebie. Nico nie odezwał się ani słowem. Cały czas mnie ignorował.
- Podsłuchiwałeś naradę i jesteś na mnie wściekły, że to przeze mnie weszła do obozu, a nie straciła przytomność poza granicami, by Chejron mógł ją przesłuchać przywiązaną, niegroźną... i zabiła Lily, tak? - zapytałam. Pokiwał głową i schował się pod kołdrą. Westchnęłam i sama położyłam się spać. (przytulając misia. Zaczęłam kochać tą maskotkę) Na szczęście nic mi sie nie śniło.
Następnego dnia miałam tylko obserwować lekcje. Udział brałam tylko w mitologii i grece. Na śniadaniu wszyscy szeptali między sobą. Tak samo na obiedzie.
Jest czas wolny. Obozowicze wałęsają się wszędzie. Ja siedzę na plaży, na jednej z przybrzeżnych skał. Ma taki fajny kształt, i jeżeli na się coś na czym można usiąść to jest to najlepsze miejsce, na uboczu, piękny widok na zatokę i na zachód słońca... Popijałam małymi łyczkami Nektar, który dał mi Chejron. Na plażę weszła para. Śmiali się, całowali. Zauważyli mnie i uciekli w drugą stronę. Tak każdy, kto mnie mija. Nico mnie ignoruje. Adrian tak samo. Cały domek Aresa chce mnie zabić. Super... Pewno już wszystko zostało rozgłoszone. Każdy wie o tym co zrobiłam, ale... Skąd mogłam wiedzieć, że będzie próbowała wszystkich pozabijać? Gdyby można było jakoś przeprosić... Zrobić coś, co sprawiłoby, że było by lepiej... Tylko nic mi nie przychodzi do głowy...
Położyłam się z westchnieniem.
- To uczucie jest straszne, prawda? - zapytał Luke, siadając obok mnie.
- Tak... Nawet sobie nie wyobrażam, co miałeś ty, gdy tu wróciłeś...  - przerwałam - Tak!! To jest to!!! - krzyknęłam po chwili, gwałtownie się podniosłam i prawie ześlizgnęłam z kamienia, gdyby Luke mnie nie złapał.
- Naprawdę... Zawsze, to ja cię ratuję... - powiedział kręcąc głową.
- Tak, wiem... Ironia... Ale ja się cieszę!!! Wiem jak mogę sprawić, by mi wybaczyli!!! Pójdę do ojca i poproszę o wskrzeszenie wszystkich poległych. Albo większości... albo kilku osób... Nie wiem!!! - krzyknęłam i chciałam zeskoczyć z kamienia, ale Luke znów mnie złapał. Spojrzałam na niego zdziwiona, a on tylko pokazał ręką na moją nogę.
- O... Zapomniałam... - wyszeptałam - Pomożesz... mi zejść?
- Jasne... Ale do Podziemia nie idziesz. - powiedział stanowczo i zszedł z kamienia. Ja przesunęłam się na skraj tak, by Luke'owi łatwo było mnie złapać.
- Czemu? - spytałam, gdy już siedziałam na skraju.
- Z tą nogą? Powodzenia. A po za tym sama tam nie pójdziesz, nie pozwolę... - zaciął się - Chejron ci nie pozwoli.
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Chejron mi nie pozwoli, czy TY mi nie pozwolisz? - zapytałam i odepchnęłam się od kamienia. Spadłam wprost w jego ramiona... Zakręciło mi się w głowie od jego zapachu... Afrodyto... Naprawdę? Wiem, że przez pomyłkę byłam wzięta za twoją córkę, ale... no czemu?  wyszeptałam w myślach.
- I ja i Chejron. - wyszeptał mi do ucha.
Zarumieniłam się i próbowałam się od niego odsunąć. Mimo, że każda moja komórka chciała znów go przytulić. Oczywiście zapomniałam o nodze. Również oczywistą rzeczą jest, że się zachwiałam i upadałabym, gdyby nie złapał mnie Luke. Zaśmiał się i pomógł mi przywrócić równowagę. 
- Idziemy? - zapytałam z nadzieją - Chcę pogadać z Chejronem. A poza tym... MUSZĘ iść sama, bo Nico ze mną nie pójdzie, a nikogo innego Charon nie przewiezie, jeżeli nie jest martwy.
Luke nic nie powiedział, tylko złapał mnie w pasie i pomógł przejść przez piasek. Po drodze wziął jeszcze moje kule. Kiedy stanęliśmy na trawie nie puścił mnie. Nadal stał z rękami na mojej tali. Chciałam się odsunąć, ale mi nie pozwolił.
- Luke... - zaczęłam cicho. Nie mogłam oderwać wzrok od jego oczu. Mimo to chciałam się odsunąć. Było mi strasznie głupio, że musiał mi pomagać. Wiem, że gdybym się odsunęła runęłabym na ziemię, ale może udałoby mi się utrzymać równowagę i sięgnąć po kule.
Nie odpowiedział mi nic, tylko mnie pocałował.
_________________
Oto jest dwudziesty pierwszy rozdział.
To obiecane trzy strony.
Do buta, a nawet wcześniej dostałam od Mikołaja taki piękny prezent. Więc by móc zrobić z tym prezentem to co z tym prezentem zrobić trzeba proszę was, żebyście w tym tygodniu zaglądali tu codziennie. (Brzmi to jak żebrane o wejścia, czym obiecuję nie jest)
Ale skoro o żebraniu mowa... Pod poprzednimi rozdziałami było 16 i 26 komentarzy, a pod ostatnim ? Osiem. Sześć nie licząc moich. Co się stało? Kiedyś było Was więcej.
Dlatego rozdział dedykuję Weronice Lynch, Bielanie, Arum Argentum i Daughter of the Moon. Dziękuję Wam <3
Nie zanudzam
Laciata <3
Jeśli czytasz to skomentuj!!!
P.S Muszę się wam pochwalić. W regionie gdzie mieszkam jest drukowany kwartalnik "Prowincja" i w ostatnim numerze (14) ZOSTAŁO WYDRUKOWANE MOJE OPOWIADANIE!!!
Laciata wkracza na ścieżkę drukowania opowiadań. Chociaż na tym pewno się skończy, bo inne moje opowiadania są o Percym, Naruto i Schugo Chara, (dwóch ostatnich już nie piszę)

sobota, 14 grudnia 2013

Rozdział 20 - "Weszliśmy do Obozu, od razu nas dopadli"

Później odkryliśmy że jedna osoba musi siedzieć w bagażniku... W kabinie nie było dość miejsca, byśmy pomieścili się w szóstkę, a Adrian miał dość duży bagażnik i tą płachtę przykrywającą jego zawartość, dało się wsunąć. Ann odpada z wiadomych powodów. Luke, Adrian i Clarisse się nie zmieszczą. Percy jeszcze jakoś wjedzie. Ja albo on. Ktoś zaproponował, żebym ja albo Ann usiadły na kolanach, któregoś z chłopaków, ale obie odmówiłyśmy. Tak byłoby niewygodnie dla obu stron. Przynajmniej przez większość drogi. W końcu po kłótniach, czy ja czy Percy mam wylądować w bagażniku, sama zgłosiłam się na ochotniczkę. Chociaż zaryzykowałam naruszeniem opatrunku. Kiedy już się wygodnie tam ułożyłam (a plaster mi nie przeszkadzał) a reszta jeszcze nie weszła do samochodu podszedł do mnie Luke i usiadł na skraju, tuż obok moich nóg.
- I po co się zgłaszałaś? Teraz skazujesz mnie na tą dwójkę, siedzącą obok siebie. - powiedział z lekkim uśmiechem. Jak ja kocham jego uśmiech...
- Myślisz, że po co to zrobiłam. Percy by rozpaczał, że on chce siedzieć obok Ann, a nie za nią. - odpowiedziałam wzruszając ramionami - Ał... - jęknęłam. Naruszyłam opatrunek! Cholera...
Luke spojrzał na mnie zdziwionym i lekko zmartwionym wzrokiem.
- Nic mi nie jest... To tylko... - szukałam odpowiedniego słowa - Opatrunek.
- Jaki opatrunek? Gdzie ty byłaś? - pytał. W jego głosie chyba naprawdę słyszałam nutkę zmartwienia.
- U kolegi... -zaczęłam. Westchnęłam i skończyłam : - Tatuażysty...
Spojrzał na mnie dziwnie.
- Czy ty zrobiłaś sobie tatuaż? - powiedział. Pokiwałam głową.
- Tak. Z resztą drugi. Jeden już mam. I to od dawna.
Nie zdążył mi opowiedzieć, bo Adrian zawołał wszystkich do samochodu i wszyscy usiedli. Luke jeszcze uprzednio zamknął klapę bagażnika. Tak trochę ciemnawo się zrobiło... Ruszyliśmy w drogę. Clarisse o dziwo nie siedziała cicho jak wcześniej, tylko rozmawiała z Adrianem, czasem zagadując do Perciego, Luke'a albo Ann. I nie zwracała się do nich po nazwisku jak zawsze, tylko po imieniu.
- Nie wiem , co się z nią stało ale to nie jest normalne. - szepnęłam do osób z tyłu. Każdy się ze mną zgodził. Trochę jeszcze pogadaliśmy między sobą. W między czasie wypakowałam prezent od Hermesa. Był tam pluszowy miś! Czy ja wyglądam na dziecko? Ale to jest Hermes. Miał kremowe futerko, czarną koszulkę z kogo mojego ulubionego zespołu i bransoletkę z ćwiekami na łapce. Zakryłam ręką usta by nie wybuchnąć śmiechem. Zniżyłam się do pozycji bardziej leżącej, przytuliłam misia i zasnęłam.
Obudziłam się jak już dojechaliśmy do Obozu. Wszyscy zebraliśmy się w kółku (wyłączając Clarisse) i zaczęliśmy szeptać między sobą, czy zabić tą podróbkę Clarisse na miejscu, albo najpierw ją przesłuchać, a potem zabić. Ja byłam za wpuszczeniem jej do obozu i zostawieniem jej Chejronowi. W końcu wyszło na moje. Weszliśmy do Obozu, od razu nas dopadli. Zaczęliśmy iść w stronę Wielkiego Domu, z eskortą oczywiście. W połowie drogi Clarisse zaczęła się dziwnie śmiać i atakować wszystkich dookoła. Ci co właśnie wrócili z osobistego treningu, odpowiedzi kontratakiem. Nasza czwórka (bez Ann oczywiście) również zaczęła atakować.
Po długiej... długiej walce, udało nam się ją pokonać. W sensie oni ją pokonali, a ja jednym (zbędnym) ruchem wykończyłam ją do końca.
______________
Oto jest dwudziesty rozdział. Tak ja też Was kocham. (http://www.youtube.com/watch?v=eM0I1IbIor0 1:05) Nie dość, że krótki, to jeszcze zabiłam Clarisse.
Przepraszam za błędy.
Rozdział jest dla (jak ja kocham dedytki) Weroniki Lynch, której powinniście dziękować. Specjalnie weszła dwa razy, żeby dobiło się do 3000, bo powiedziałam, że dopóki nie będzie trzech tysiaków nie dodam rozdziału. :) 
Również jest dla Bielany. To dzięki Tobie Moni dostała misia :)
I ostatnia dedykacja jest dla osoby do której przyjdę w nieznanym dniu i godzinie i ją uduszę. Oczywiście Lelanna, że do Ciebie :) Przekaż Marii, że ją też "odwiedzę" 
Jak pod poprzednim rozdziałem informuję Was, że MONI I LUKE NIEDŁUGO BĘDĄ RAZEM!!! Jeszcze w tym roku. <3
I jako wynagrodzenie za tylko ponad 500 słów... Zdjęcia znalezione przeze mnie w mrocznych czeluściach internetu i przerobione przez Werę :)
nr. 1, ten tekst jest akurat moim pomysłem :)

nr 2

nr 3.

nr 4  Jake ma wielki talent :)

nr 5. przewijać POWOLI

nr 6

nr 7.

i... ostatnie moje ulubione :D Przed Wami... 

To już jest koniec. Nie ma już nic. Jestem wolna. Mogę iść :)
Nie zanudzam
Laciata <3